Kochi

Prosto z Dżajpuru wsiadłam w samolot, który zabrał mnie na południe. Zostawiłam za sobą tak dobrze znane mi Indie i wyruszyłam do dusznej, wilgotnej Kerali, która (bardzo słusznie) wydawała mi się inną planetą. Radżastańskie upały miały okazać się jedynie rozgrzewką przed bezlitosnym latem.

Kwieciste opowieści o obezwładniającym żarze przez który człowiek po kilku minutach na zewnątrz wygląda jak po wyjściu spod gorącego prysznica, brałam za literacką przesadę. Dopiero w Kochi zrozumiałam, że reportaż bywa czasem boleśnie dosłowny.
Zanim zeszłam po schodach na płytę lotniska, we wszystkich zgięciach ciała pojawiły się ciemne plamy, a ręce zaczęły się lepić. Odruchowo oblewa cię rumieniec wstydu (o ile możesz przyjmować jeszcze bardziej wyraziste kolory), ale gdy patrzysz na swoich towarzyszy, łącznie z wachlującymi się zrezygnowanymi Hindusami, po prostu odpuszczasz. W Kerali walka o elegancję i świeżość trwa najwyżej kilka minut. Tutejsza wilgoć jest bowiem zagorzałą egalitarystką — szybko sprowadza wszystkich do wspólnego mianownika błyszczących twarzy, mokrych pleców i kosmyków włosów przyklejonych do karku. Taksówkarz czekał już przy wyjściu z lotniska, oparty o samochód z włączonym silnikiem i kiedy otworzył drzwi, z wnętrza uderzyło mroźne powietrze. Po chwili siedziałam już w środku, mokra od potu, który natychmiast stał się lodowaty. Przeszedł mnie dreszcz.

Za oknem wszystko parowało, a ja jechałam do miasta w lodówce na czterech kółkach.

Przemierzam zaskakująco czyste ulice. Co jakiś czas między palmami pojawiają się charakterystyczne śnieznobiałe, parterowe, keralskie domy. Im bliżej centrum, postkolenialna architektura zaczyna domniować. Droga z lotniska teoretycznie powinna zająć niewiele ponad godzinę, ale nadal jesteśmy w Indiach, więc ten czas trzeba od razu pomnożyć co najmniej razy dwa. Pierwsze kilometry mijają sprawnie. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero przy wjeździe do miasta. Żeby dostać się do fortu, trzeba przeprawić się przez wiecznie zakorkowany most. Myślałam, że po dwóch miesiącach medytacji w Himalajach niewiele jest już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, ale szczękając zębami, potrafiłam myśleć tylko o nadchodzącym zapaleniu płuc.

Po niemal trzech godzinach wysiadam z taksówki naprzeciw dużego, białego budynku. Rezerwując nocleg w Casa di Vasco, byłam przekonana, że to kolejna nazwa mająca żerować na historii wielkiego podróżnika. Dopiero na miejscu podekscytowany, dumny właściciel wyjaśnia mi, że kilka lat przed śmiercią naprawdę mieszkał tu sam Vasco da Gama (choć potwierdzenia tej opowieści w żadnych źródłach nie znalzłam).

Dom jest oszałamiający, ale też przytłaczająco zagracony. Wysokie sufity, stare drewniane okna i ciężkie ściany pamiętające portugalskie czasy toną w chaosie książek, kartonów i starych sprzętów. Właściciele proszą, abym czuła się, jak we własnym domu, mogę korzystać z dobrze wyposażonej kuchni, ale dostanie się do niej przez labirynt kartonów, książek i starych sprzętów AGD nie jest najprostszym zadaniem. Idealne zobrazowanie artystycznego nieładu. Organizm żyjącym własnym życiem.
Po wejściu do pokoju rzuciłam coraz bardziej ciążący mi plecak w kąt, omiotłam wzrokiem przestronną przestrzeń z wielkimi oknami i opadłam na łóżko z opuchniętym od gorąca ciałem. Zasnęłam natychmiast.
Obudziło mnie dopiero mokre od potu prześcieradło oraz narastające pragnienie. Wiatrak uczepiony niemal trzymetrowego sufitu tylko miesza gorące, wilgotne powietrze. Leżałam, czując pulsowanie w skroniach, suchość w ustach i narastający głód.

Sama myśl o zaawansownym researchu mnie osłabia, wiec Popełniam klasyczny błąd i szukam najbliższego jedzenia w Google. Trafiam do świetnie ocenianej knajpy mieszczącej się dosłownie w sąsiednim budynku. Już z daleka widzę ciągnącą się do wejścia kolejkę. Dociera do mnieze jestem w samym centrum turystycznego Kochi. Ilość fancy kawiarni, matcharni i nowoczesnych barów spokojnie mogłaby zawstydzić wiele europejskich miast. Staję w kolejce zachęcona opiniami i magicznym dla zmęczonego podróżnika dopiskiem „thali no limits”. Szybko dostaję stolik dla jednej osoby. Wystrój, podobnie jak później w większości podobnych miejsc, okazuje się osobliwym połączeniem kolonialnej architektury i instagramowego luksusu. Są więc modne odcienie cappuccino i brzoskwini, grafiki z Pinteresta, jutowe krzesła i łapacze snów. Poczułam się jak we wrocławskim Pasażu Pokoyhof i bynajmniej nie jest to komplement. Wszystko było estetyczne, mdłe, przesadnie przemyślane i wykalkulowane zgodnie z trendami wyznaczanymi przez szablony w Canvie. Zupełnie nie przystające do wilgotnego chaosu ulicy na zewnątrz.

Rozglądam się. Przy większości stolików siedzą młodzi, hipsterscy — używa się jeszcze tego słowa? — Hindusi w za dużych dresach i pstrokatych t-shirtach, którzy robią wszystko poza rozmawianiem ze sobą. Jedni scrollują telefony, inni ustawiają jedzenie do zdjęć albo stukają w laptopy. Klimatyzacja szumi nad głowami, ktoś zamawia matchę z mlekiem owsianym. W takich chwilach najczęściej myślę o Ajeecie i jego uśmiechu pełnym pobłażania. Widzę, jak kręci głową i mówi: „Ach, Ola i jej miejsca”.

Decyduję się na specjalność zakładu — tutejsze thali. Po raz pierwszy przekonuję się, że keralskie jedzenie nie będzie miłością od pierwszego wejrzenia. Nasza relacja już na zawsze pozostanie czymś w rodzaju love-hate relationship.
Od pobytu w Rishikesh ponownie wróciłam na łono wegetarianizmu, więc szybko dochodzę do wniosku, że mogło to utrudnić pełne zanurzenie się w keralskiej kuchni, słynącej przede wszystkim z ryb i owoców morza. Przede mną ląduje liść bananowca pełniący funkcję talerza, a chwilę później wielką łychą nakładany jest na niego różowy matta rice — charakterystyczny dla Kerali gruboziarnisty ryż o lekko orzechowym smaku. Na wierzchu spoczywa papadam, cienki jak papier placek z mąki z ciecierzycy, którego funkcji w indyjskiej kuchni do dziś nie rozumiem. W Radżastanie podawano go jako chrupiącą przekąskę przed posiłkiem. Tutaj kruszy się go bezpośrednio do ryżu i curry.

Najciekawsze zaczyna się jednak chwilę później. Podchodzi kolejna osoba z przewieszonym przez rękę metalowym stojakiem pełnym małych wiadereczek. Stawia przede mną sześć niewielkich miseczek i bez słowa zaczyna napełniać je rzadkimi płynami w różnych kolorach — żółtych, brązowych, pomarańczowych. Zaraz potem pojawia się następny pracownik i dokłada po łyżeczce różnych mazi, pikli i posypek. Jako fanka prostych posiłków czuję się coraz bardziej przytłoczona tym pseudoalchemicznym eksperymentem i nauczona doświadczeniem z dal bati churma, robię zdjęcie, żeby sprawdzić w internecie, co właściwie wylądowało przede mną.

Mam więc kisielowaty coconut chutney, obowiązkowy w keralskiej kuchni, moru curry na bazie maślanki, smakujące jak rozwodniony kefir, dobrze znany mi sambar i jeszcze jeden biały płyn, również przypominający maślankę. Obok leży thoran — podsmażane warzywa wymieszane z wiórkami kokosowymi — dalej ostre pikle, pasta z mango i chilli oraz kolejna porcja marynowanych warzyw. Zgodnie z instrukcją kruszę papadam, odgarniam porcję ryżu i próbuję pierwszej kombinacji: sambar z curry. Potem dodaję moru, thoran, na wierzch rzucam pikle. Próbuję, mieszam, kombinuję, ale nic. Nie potrafię odnaleźć smaku. Na koniec dolewam biały płyn przypominający kefir, bo wyczytałam, że służy do łagodzenia ostrości, której jednak wcale nie czuję. Może brakuje mi subtelności, a może radżastańskie żarcie wypaliło mi już kubki smakowe.

Dopiero później miałam zrozumieć, że kuchnia zawsze podporządkowana jest klimatowi. W Kerali jedzenie musi chłodzić, nawadniać i nie obciążać organizmu. Wszystko jest lekkie, kwaśne, wilgotne, oparte na ryżu, kokosie i rybach. Ja z zachwytem odkrywałam kolejne odmiany bananów, mango i ananasów, ale sama kuchnia Kerali nigdy do końca nie zdobyła mojego serca, była dziwna, a im mniej ją rozumiałam, tym bardziej mnie fascynowała. To chyba najważniejszy moment każdej podróży — chwila, w której zamiast zachwytu pojawia się frustracja. Nie rozpoznajesz smaków, nie rozumiesz zasad, czujesz się zagubiony i rozczarowany. A potem przychodzi ciekawość. Potrzeba zrozumienia wszystkiego od początku.

Wychodzę z klimatyzowanej restauracji prosto w buchającą wilgoć. Nie zwracam już uwagi na ciemne plamy pojawiające się pod pachami i na plecach. Pot spływa od czoła aż po brodę. Po kilku dniach człowiek przestaje z tym walczyć.

Ruszam bez celu w stronę wąskich uliczek otoczonych kolonialną architekturą. Zastanawiam się, czym właściwie jest Fort Kochi, skoro próżno szukać tu klasycznych fortyfikacji. Wiem, że jeszcze przed przybyciem Europejczyków port w Kochi świetnie prosperował, przyciągając kupców z całego świata. Jak wyglądało to miejsce, zanim wyrosły tu kolonialne budynki, które dziś tak bardzo definiują jego krajobraz?To niedaleko stąd ponad 500 lat temu dopłynął Vasco da Gama, otwierając bezpośredni szlak morski między Europą a Indiami. Zaledwie kilka lat później Portugalczycy założyli w Kochi pierwszą europejską osadę w Indiach. To właśnie wtedy powstał fort, od którego później cała dzielnica przejęła swoją nazwę. Dziś praktycznie nie ma po nim śladu. Kolejne kolonialne potęgi przebudowywały miasto tak wiele razy, że z dawnych fortyfikacji pozostało głównie wspomnienie i nazwa.

Po Portugalczykach przyszli Holendrzy, a później Brytyjczycy, którzy zanglicyzowali nazwę do dobrze znanego dziś „Fort Cochin” i przekształcili miasto w ważną bazę morską oraz handlową Imperium Brytyjskiego. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości centrum administracyjne i gospodarcze zaczęło stopniowo przesuwać się do Ernakulam na kontynencie, gdzie rozwijała się nowoczesna infrastruktura. Dawne portugalskie i holenderskie dzielnice przestały być sercem handlowym miasta, stając się przede wszystkim przestrzenią dla turystów. Do późnego wieczora krążę po okolicy. Po raz pierwszy od wielu miesięcy zaglądam do śnieżnobiałych, smukłych katolickich świątyń, wypełnionych po brzegi kolorowym tłumem. Czuję nowy rodzaj nostalgii. Jestem w miejscu, które przypomina dom i religię mojego dzieciństwa, ale jednocześnie jest mieszanką indyjskiego chaosu, za którym tęsknię, odkąd opuściłam Dżodhpur.

Wykończona upałem dowlokłam się do pokoju, przytłoczona i zafascynowana nowym światem, próbując poukładać sobie wszystko w głowie i po raz kolejny pogodzić się z tym, że nigdy nie będzie mi dane zrozumieć ani oswoić Indii nawet w niewielkiej części. Każdego dnia towarzyszy mi irytujące wrażenie, że coś mi umyka, że za czymś nie nadążam, że nie doświadczam czegoś w pełni i do końca. Zasypiam smutna. Kiedy już wydaje ci się, że coś masz, że potrafisz wpasować się w jakiś schemat, że przestałaś błądzić po omacku wśród trudnych do zrozumienia zasad, że zaczynasz odczytywać skomplikowane symbole, nagle wszystko się rozpada. Okazuje się, że kilkaset kilometrów dalej to, co było oczywiste w jednym stanie, w drugim jest niewłaściwe, a w najlepszym razie niezrozumiałe.

Następnego dnia muszę dostać się na kolejną wyspę. Okazuje się, że Kochi ma świetnie rozwinięty transport — coś na kształt weneckich tramwajów wodnych — a skojarzenie z Wenecją nie jest przypadkowe, ponieważ schodząc z pomostu, zobaczyłam ogromny plakat „Kochi Biennale”. Prychnęłam pod nosem, przekonana, że to jakaś niewielka regionalna impreza. I tu znowu moja ignorancja sprowadziła mnie na manowce, ponieważ okazało się, że to najważniejsze wydarzeniem artystycznym w tej części świata.
Po wyjściu na ląd tuk-tukarz zabrał mnie na wyspę pełną monumentalnych, kremowych posiadłościami z przystrzyżonymi równiutko trawnikami. Poczułam się jak w „Truman Show”. Niemożliwe, żebym nadal była w Indiach. Zamieszkałam w jednym z pokoi we wspomnianej willi sąsiadującym z ogromną biblioteką z ciemnego drewna. Tego samego dnia dołączył do mnie Ajeet, z którym miałam kontynuować podróż po Kerali i postanowiliśmy skorzystać z okazji, żeby odwiedzić biennale, o którym rozmawialiśmy jeszcze przy śniadaniu z dwiema fantastycznymi indyjskimi artystkami.

No właśnie, śniadanie… Wspominałam już kiedyś, że trudno mi zaakceptować indyjskie śniadania w stylu pohy czy parathy, ale miałam wrażenie, że w Kerali jest jeszcze skromniej. Uwielbiam idli, jednak nie traktuję go jako pełnoprawnego posiłku. I chyba dla mnie cała keralska kuchnia jest trochę jak te białe placuszki z fermentowanego ryżu — bardzo przyjemna i miła, ale kompletnie bezpłciowa i niesycąca, przez co mogłabym jeść ją bez końca. Och, powinnam kiedyś napisać roast o drugim moim ulubionym keralskim przysmaku, czyli dosie. Ajeet za każdym razem umiera ze śmiechu, kiedy widzi, jak przewracam oczami przy jej zamawianiu. Jak próbowałam mu tłumaczyć, dosa nie jest prawdziwym daniem. Ba, nie jest nawet przystawką. Czuję się oszukana, jakby ktoś serwował mi powietrze i próbował przekonać mnie, że właśnie zjadłam coś konkretnego.

Po tym skromnym posiłku, kompletnie nienasycona, a co za tym idzie delikatnie zirytowana, ruszyłam tuk-tukiem do portu, aby przeprawić się do fortu.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej ze łzami w oczach zamykałam za sobą drzwi muzeum, byłam przekonana, że w moim życiu nie będzie już miejsca na sztukę. Biennale w Kochi okazało się jednym z najbardziej przełomowych momentów tej podróży, budząc we mnie fascynację, której nie czułam od bardzo dawna. Wchodząc w świat sztuki, której kulturowych odniesień niemal w ogóle nie rozumiałam, znalazłam się w labiryncie całkowicie obcych symboli. Krążyłam w zachwycie po przestrzeniach prowadzących rozmowę z przeszłością, o której nikt nigdy mnie nie uczył, próbując interpretować rzeczywistość, do której w naturalny sposób nie mam dostępu. Mniej komercyjne niż weneckie, bliżej ludzi, bardziej dostępne i swobodne — a może po prostu tak je odebrałam, bo trafiłam tam właściwie przez przypadek? Zachwycony Ajeet krążył po pawilonach, rozumiejąc więcej ode mnie i tłumacząc mi niektóre historie, mimo że dla niego był to pierwszy kontakt ze sztuką współczesną.

Po kilku godzinach, kompletnie wykończeni, trafiliśmy do klimatycznej kawiarni na świeżym powietrzu, gdzie jedliśmy smażone banany — o zamiłowaniu Keralczyków do smażenia wszystkiego na słodko miałam dowiedzieć się dopiero później. Wiedząc, że to ostatni moment na bujanie się po europejskich kawiarniach, zaciągnęłam Ajeeta do knajpy o wdzięcznej nazwie „French Toast”, gdzie zamówiłam tytułowy chleb w jajku, podekscytowana, że pokażę mu coś, co swego czasu jadłam codziennie na śniadanie w Polsce. Po pierwszym kęsie jednak skrzywił się i skierował wzrok w stronę falafeli, które zamówiłam jako drugie danie.
— Nie mogę znieść tego zapachu — przyznał.
Cóż, zdałam sobie sprawę, że jako chłopak z Radżastanu nie ma zbyt częstego kontaktu z jajkiem, i to jeszcze smażonym, więc zadowolona przysunęłam talerz do siebie, oddając mu słoną część naszej kolacji. Wtedy też dotarło do mnie, że tak — jedzenie chleba w jajku przy czterdziestu stopniach faktycznie nie jest niczym naturalnym i przysięgłam sobie więcej nie eksperymentować ani nie spełniać ślepo swoich gastronomicznych zachcianek w tęsknocie za europejskim żarciem w miejscu, gdzie tego typu wynalazki po prostu nie mają racji bytu.

Nazajutrz przeprawiliśmy się przez kanał do wypożyczalni i ruszyliśmy motorem w stronę Alleppey, licząc, że znajdziemy tam trochę wytchnienia od zabójczo wilgotnego upału. Temperatura dochodziła do czterdziestu stopni i nawet Ajeet wydawał się nie radzić sobie z tym poziomem wilgotności. Droga do Alappuzhy prowadziła wzdłuż wybrzeża — asfaltowa, wąska i niezwykle malownicza, czasem zamieniająca się niemal w kładkę pomiędzy dwoma rozlewiskami. Mimo pozornie turystycznego klimatu moja obecność na motorze z tutejszym chłopakiem również wywoływała poruszenie: uśmiechy, okrzyki i pozdrowienia, szczególnie gdy wieczorem zatrzymaliśmy się pod sklepem monopolowym mieszczącym się w prostym budynku pokrytym blachą. Zbliżał się zachód słońca, a w mijanych po drodze dużych, śnieżnobiałych kościołach gromadziły się jaskrawokolorowe tłumy na wieczorne nabożeństwa. To zderzenie tropikalnego krajobrazu, katolicyzmu i współczesnych Indii było dla mnie oszałamiające. Pędziliśmy przez zielone zagajniki i wioski, wsłuchani w pieśni płynące z kościołów. Popijałam lokalne piwo i wystawiałam twarz do wiatru, który choć na chwilę przynosił ulgę.

Do Alleppey dotarliśmy późnym wieczorem. Ajeet, swoim zwyczajem, zatrzymał się nagle bez żadnego ostrzeżenia i zagadnął przypadkowego przechodnia, który wskazał nam nocleg. Tak zamieszkaliśmy u przemiłych Keralczyków, w kolejnym wielkim, białym domu. Zasnęliśmy przy szumie wirującego wiatraka, przebodźcowani nowymi ludźmi, językiem, przyrodą i architekturą.

Byliśmy w innym świecie — w tym samym kraju, który wydawał się już całkiem inną planetą. Planetą w jakiś sposób bliższą mi niż Ajeetowi, a jednocześnie rządzącą się zasadami, które on odczytywał intuicyjnie.
Byłam ciekawa, wykończona, sfrustrowana i nieustannie dręczona wyrzutami sumienia, że nie zasłużyłam na to, by doświadczać tyle wszystkiego naraz. Ten świat w każdej minucie stawiał mi wyzwania, przyciskał do muru, zadawał podchwytliwe pytania i przesuwał moje granice, a ja starałam się przyjmować to wszystko z wdzięcznością. Leżałam w łóżku i patrzyłam w wirujący miarowo wiatrak, wsłuchując się w spokojny oddech Ajeeta, który miał tę budzącą zazdrość zdolność zasypiania w każdych warunkach i w każdej lokalizacji.

Kochałam każdą chwilę.

Dodaj komentarz