Co się stało z Mount Abu?

Rishikesh to jeszcze nic, prawdziwą magię poczujesz dopiero w Mount Abu — powiedział mi podekscytowany Ajeet, gdy siedzieliśmy nad Gangesem przy Parmarth Niketan. Pomyślałam wtedy, że chyba nie zniosę już większej dawki duchowości niż ta, którą oferuje sama stolica jogi. Opowieści o Mount Abu wracały jednak nieustannie w naszych rozmowach. We wspomnieniach z dzieciństwa Ajeeta było to sielskie miejsce — oaza chłodu pośród rozpalonego Radżastanu, raj, do którego zjeżdżali okoliczni mieszkańcy, by choć na chwilę odetchnąć od upału. W jego głowie utrwalił się obraz spokojnego, luksusowego kurortu, przepełnionego duchowością bijącą ze świętych wzgórz i niezliczonych świątyń.
— Zobaczysz — mówił. — Nie będziesz chciała stamtąd wracać.

Na razie budzimy się w Abu Road. Szybkie pakowanie, jak każdego dnia naszej podróży i schodzimy coś zjeść. Tradycyjnie jedna poha do podziału i chai. Nie mogę przyzwyczaić się do maleńkich śniadań jedzonych przez Ajeeta i dlatego jeszcze przed południem jestem głodna. Jest wcześnie, ale hotelowa restauracja tętni życiem. Znad talerzy co chwilę unoszą się spojrzenia skierowane w naszą stronę. Ajeet zdaje się tego nie zauważać, ale uśmiecha się pod nosem za każdym razem, gdy jego wzrok spotyka się z ciekawskim spojrzeniem faceta siedzącego naprzeciwko. Jesteśmy atrakcją.

Ruszamy na dworzec autobusowy, który już z daleka mieni się setkami intensywnie kolorowych sari. Kobiety tłoczą się na przystankach — rozmawiają, plotkują, sprzedają, kupują, śmieją się. Wyglądają jak księżniczki wyjęte z bollywoodzkich filmów. Ajeet opowiada mi jednak, że to jedni z najuboższych ludzi z okolicznych wiosek, którzy do miasta przyjeżdżają czasem raz na kilka lat, a większość życia spędzają w pobliskich lasach. Zresztą właśnie tak ich nazywa — „ludźmi lasu”.

Większość kobiet ma zasłonięte twarze. Spod woalek można dostrzec chmurne, ale jednocześnie ciekawskie spojrzenia. Nagle ktoś szarpie mnie za nogawkę. Młoda dziewczyna o jasnych, kakaowych oczach podaje mi pomarańcze. Biorę je i płacę kilkaset rupii czyli cenę wręcz z kosmosu. Chcę zrobić jej zdjęcie, ale przecząco kręci głową i odchodzi.
Widzę trzy kobiety stojące pod autobusem, ubrane niemal identycznie — są z tej samej wioski. Mieszkańców poszczególnych miejscowości często można rozpoznać właśnie po strojach. O znaczeniu ubioru i bardzo specyficznym — z naszego punktu widzenia — zachowaniu kobiet w Radżastanie, szczególnie w obecności mężczyzn, opowiem innym razem. Niesamowitym doświadczeniem było dla mnie samo przebywanie z mamą Ajeeta — kobietą o dwóch twarzach: głośną i roześmianą we własnym domu oraz ekstremalnie skromną, nieśmiałą i cichą w obecności jakiegokolwiek mężczyzny.

Nagle wszyscy zaczęli wstawać, pakować niezliczone tobołki i biegające między nogami dzieci, a na plac dworca zaczęły zjeżdżać rozklekotane autobusy. Ajeet zerwał się na równe nogi, zostawił swój plecak i pognał w stronę jednego z nich. Zostałam sama, wystawiona na pastwę ciekawskich spojrzeń i bezceremonialnych dotyków. Nagle jego uśmiechnięta twarz wychyliła się z drzwi pojazdu.
— Udało się, chodź! — krzyknął, machając rękami.
Przecisnęłam się przez niezadowolony tłum i zostałam zaprowadzona do pierwszej klasy indyjskiego autobusu — na siedzenie tuż obok kierowcy.
— Chciałem, żebyś zobaczyła całą tę drogę.
Jego ekscytacja naprawdę mnie rozczuliła.

Godzinna podróż prowadziła wąskimi serpentynami. Zostawiliśmy za sobą pustynne, rozgrzane krajobrazy i im wyżej wjeżdżaliśmy, tym robiło się coraz bardziej zielono. Zakosczył mi widok palm i gęstych krzewów. Kiedy minęliśmy znak z napisem Mount Abu, wzdłuż drogi zaczęły pojawiać się hotele — ale nie takie, jakie wyobrażałam sobie po opowieściach Ajeeta. Te wyglądały jak opuszczone: z powyrywanymi okiennicami, niedziałającymi neonami i szyldamio z brakującymi literami. Ogrody wokół posiadłości były zarośnięte, wyschnięte i zaniedbane, przy bramach stały przepełnione śmietniki, a rdza powoli pożerała metalowe ogrodzenia. Wszystko wyglądało tak, jakby goście uciekli stąd w pośpiechu wiele lat temu. Mount Abu ze wspomnień Ajeeta już nie istniało.

Wysiedliśmy na dworcu. Ajeet ponownie zniknął na jakieś dziesięć minut, a potem nagle pojawił się rozpromieniony na skuterze.
— Głodna? — zapytał, choć wiedział, że nie musi. W Indiach byłam głodna praktycznie cały czas.
— Zabieram cię na najlepsze jedzenie na ziemi.
„Jasne” — pomyślałam, mając jeszcze w głowie jego opowieści o Mount Abu jako luksusowym kurorcie. Zatrzymaliśmy się przed prostym budynkiem. Okazało się, że to dżinijska stołówka — miejsce, gdzie teoretycznie mogli jeść wyłącznie wierzący. Uśmiechnięty Sikh machał już jednak do mnie zapraszająco. Ściągnęliśmy buty i weszliśmy do środka.
Było to coś pomiędzy jadłodajnią a świątynną kuchnią dla wiernych. Wzięliśmy metalowe talerze i ustawiliśmy się w kolejce. Za bemarami stali młodzi chłopcy, którzy nakładali kolejne potrawy. Za każdym razem, gdy wyciągałam w ich stronę talerz, unosili wzrok i na chwilę nieruchomieli. Byłam prawdopodobnie pierwszą białą turystką, która przekroczyła próg tego miejsca. Bez Ajeeta nie miałabym szans tam wejść.

Wspomniany wcześniej Sikh energicznie machał rękami, zachęcając chłopaków, by nakładali mi więcej. W końcu dotarłam do ostatniego stanowiska z deserem. Ajeet zaczął się śmiać. Spojrzał na mnie porozumiewawczo, powiedział coś do Sikha, a ten z wyraźnym zadowoleniem nabrał potrójną porcję czegoś przypominającego piasek i z głośnym plaśnięciem wyłożył mi na talerz. Byłam przerażona. Wiedziałam już, że jedną z najważniejszych zasad jest nie zostawianie żadnych resztek na talerzu. Usiedliśmy na końcu sali tyłem do wszystkich, wiedząc, że i tak nie uciekniemy przed naporem spojrzeń.

Indyjskie jedzenie często nie wygląda szczególnie apetycznie, ale w porównaniu z kuchnią dżinijską to uczta dla oka. Do dziś zastanawiam się, jak potrawy pozbawione intensywnych kolorów i wyrazistych struktur, bez dodatku cebuli, czosnku, jajek czy mięsa, mogą mieć w sobie aż tyle smaku. Dodatkowo, zgodnie z radżastańskim zwyczajem, najlepiej wszystko rozdrobnić rękami, wymieszać ze sobą i spożywać tak przygotowaną maź. Na metalowym talerzu wylądowały więc chapati, różne sosiki w małych miseczkach, jakieś kotleciki, kapusta — zestaw przedziwny, ale absolutnie przepyszny.

W połowie posiłku nagle obok mnie zmaterializował się Sikh z miską ryżu i świeżym chapati, które zaczął dokładać mi na talerz. W panice zaczęłam energicznie kiwać głową i machać rękami, ale na próżno. Zaraz za nim pojawili się chłopcy z metalowymi wiaderkami, wtórując mu i nakładając wszystko od nowa. Spojrzałam szeroko otwartymi oczami na Ajeeta, który cały czas się śmiał. Pomógł mi zjeść dokładkę, ale robiło mi się coraz bardziej niedobrze — szczególnie na myśl o czekającym na mnie deserze.

Po jedzeniu odnieśliśmy talerze do wielkiego wiadra i umyliśmy ręce. Wielokrotnie widziałam pełen obrzydzenia wzrok Ajeeta, kiedy po jedzeniu zapominałam umyć dłonie. Ja z kolei do dziś mam jeszcze dziecięcy odruch wycierania rąk o tył spodni, co zresztą zawsze po nich widać. Wytoczyliśmy się z wysiłkiem z tego rozpustnego przybytku, który przecież miał być miejscem dżinijskiego umiaru.
Pojawiliśmy się tam jeszcze trzy razy w ciągu kolejnych dwóch dni — na kolacji, podczas której ponownie przypuszczono na mnie atak dokładek z każdej strony, oraz na śniadaniu, kiedy wypiłam jeden z najlepszych czajów w swoim życiu. Jak wszystko w tym miejscu był nielimitowany, więc Sikh, widząc mój zachwyt stał nade mną i z każdym łykiem dolewał kolejną porcję do płaskiej, metalowej miseczki.

W Mount Abu jadłam właściwie bez przerwy. Moim największym odkryciem w dżinijskiej stołówce okazały się intensywnie żółte, słodkie bloczki polane słodko-kwaśnym sosem. Khaman — niezwykle wilgotna, pikantno-słodka przekąska z mielonej ciecierzycy. Coś absolutnie wspaniałego — intensywnego, a jednocześnie orzeźwiającego. Oczywiście wspomniany Sikh bacznie mnie obserwował i gdy tylko zobaczył moją reakcję, po chwili przybiegł z całą miską złotych kawałków, ponownie nakładając mi je na talerz.
I choć Indie wielokrotnie zaskakiwały mnie swoją gościnnością, to właśnie ta dżinijska stołówka okazała się absolutnym apogeum traktowania człowieka jak członka rodziny. Co więcej, po krótkiej rozmowie kierownik z entuzjazmem zgodził się, abym została na noc w noclegowni dla pielgrzymów, co jest niemal niemożliwe nawet w przypadku Hindusów niebędących dżinistami. Musiałam jednak odmówić, wiedząc, że poza murami tego miejsca Mount Abu nie było dla mnie szczególnie bezpieczne, zwłaszcza po zmroku.

Po odwiedzeniu świątyni Dilwara musieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Tu pominę wielogodzinne próby znalezienia hotelu posiadającego formularze i pozwolenia potrzebne do zameldowania obcokrajowca — poza nieosiągalnym dla nas Radissonie. W końcu wylądowaliśmy w uroczym, choć zdecydowanie nietanim hotelu, a po zmroku wybraliśmy się na spacer po mieście. I właśnie wtedy nawet do samego Ajeeta dotarło, że Mount Abu nie jest już tym, czym było kiedyś.

To miejsce przypomina dziś coś pomiędzy naszym Mielnem a Karpaczem — głośne, trochę przaśne, brudne, pełne przypadkowych lokali z marnym jedzeniem, starymi deserami, plastikowymi zabawkami i niezliczoną ilością sklepów alkoholowych. I to właśnie one są tutaj największym problemem. Większość mieszkańców sąsiedniego Gujaratu przyjeżdża tu weekendowo na tak zwane „popijawy”. Cała magia spokojnego, melancholijnego, niemal poetyckiego miejsca zniknęła. Wiedziałam, że nie spędzę tam ani jednej nocy dłużej. Nazajutrz, po śniadaniu u dżinistów, złapaliśmy autobus i zjechaliśmy na dół — ponownie w objęcia równie niegościnnego Abu Road.

A przecież nie tak dawno temu Mount Abu naprawdę było miejscem wyjątkowym. Potwierdziła to nawet starsza kobieta sprzedająca ogórki, z którą przysiedliśmy na chwilę przy drodze prowadzącej ze wzgórza. Razem z Ajeetem wspominała czasy, gdy zjeżdżały się tu setki pielgrzymów i podróżników szukających duchowego oświecenia. Historia tego miejsca jest trudna i nierozerwalnie związana z Brytyjczykami.

W Indiach góry od wieków uznawano za miejsca święte — to przestrzenie znajdujące się gdzieś pomiędzy światem ludzi, natury i bogów. Według lokalnej legendy Abu było kiedyś ogromną szczeliną w ziemi. Święta krowa Nandini wpadła do otchłani, która zaczęła wypełniać się mlekiem. Ostatecznie przepaść zamknął gigantyczny wąż Arbudha, prosząc jedynie, by miejsce nazwano jego imieniem i by ziemia pozostała zielona oraz pełna życia. Dlatego Mount Abu jest przedstawiane jako góra życia i płodności. Znajduje się tu wiele świętych miejsc, ale najbardziej spektakularnym pozostaje kompleks Dilwara — jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych dżinistów. Bardzo ważna jest również świątynia Arbudy, poświęcona legendarnemu wężowi. Wdrapaliśmy się także na najwyższy szczyt gór Aravalli — Guru Shikhar. Podczas wspinaczki po schodach nasłuchałam się historii o niedźwiedziach, które po zmroku schodzą do miasta i wyjadają resztki ze stoisk. Brzmiało absurdalnie, ale szybko okazało się prawdą — niedźwiedzie w Abu Road rzeczywiście potrafią wyrządzić sporo szkód.

Mount Abu, 1874

Mount Abu jest ziemią Bhilów — plemienia uwiecznionego w lokalnych legendach za lojalność, waleczność i poświęcenie. Ich kolorowe stroje zdobione piórami oraz umiejętność posługiwania się łukiem i strzałami przewijają się w niezliczonych opowieściach i lokalnych balladach. Nie są jednak jedną zwartą społecznością, lecz zbiorem wielu grup zamieszkujących zachodnie Indie. Mają własne języki, sztukę, rytuały i niezwykle złożony świat wierzeń mocno związany z naturą.

W XIX wieku wszystko zaczęło się zmieniać. Brytyjczycy przekształcili Mount Abu w stację klimatyczną i letnią siedzibę administracji. Patrząc dziś na kolonialne wille stojące najwyżej nad jeziorem, trudno nie odnieść wrażenia, że nie wybrali tego miejsca przypadkiem — zajęli dokładnie tę przestrzeń, którą wcześniej uznawano za najbliższą bogom, podkreślając w ten sposób własną władzę. Powstało sanatorium i ekskluzywna kolonialna enklawa oddzielona od lokalnej ludności. Narzucano europejski styl życia, architekturę i zasady społeczne, stopniowo marginalizując wcześniejszą historię miejsca. Brytyjczycy świadomie ograniczali także ruch pielgrzymów, ponieważ religijne zgromadzenia postrzegano jako zagrożenie dla porządku i bezpieczeństwa. Budowano nawet oddzielne drogi, by wierni omijali brytyjską część miasta.
Jednocześnie ignorowano lokalne zasady religijne. Mimo że umowy zawarte z dworem Sirohi zakazywały uboju krów, Brytyjczycy dopuścili funkcjonowanie rzeźni, ponieważ mięso stanowiło ważny element ich diety. Miasto stało się również centrum edukacyjnym — górski klimat uznano za idealny do wychowywania dzieci kolonialnych urzędników.

Po 1947 roku Mount Abu zaczęło stopniowo zmieniać się w popularny kurort dla indyjskiej klasy średniej. Dziś sacrum i profanum współistnieją tu w wyjątkowo skomercjalizowanej formie. Miasto wypełniło się weekendowymi turystami z Gujaratu przyjeżdżającymi głównie dla rozrywki i imprez, a świątynie funkcjonują bardziej jako atrakcje turystyczne niż miejsca pielgrzymek.
Swoje ogromne centrum stworzyła tu również Brahma Kumaris — ruch religijny, którego członkowie praktykują celibat i wyrzekają się więzi rodzinnych. Ubrani na biało są bardzo widoczni w przestrzeni miasta. Założyli szpital, darmowe stołówki i tanie noclegi dla osób, których nie stać na drogie hotele. W pewnym sensie stali się symbolem przemiany, jaką przeszło Mount Abu, nieustannie szukające dziś nowych form duchowości.

A co widziałam ja?

Chyba najlepiej oddaje to nasza ostatnia kolacja — pizza w fast foodzie. To właśnie taką potrzebę obudziło we mnie to miejsce: doświadczenia czegoś niezdrowego, bezsmakowego i łatwego do zapomnienia. I tym właśnie stało się dziś Mount Abu — miejscem niezwykle nostalgicznym, ale jednocześnie dobijającym, nad którym unosi się już tylko ledwo wyczuwalny duch dawnej świętości.

A jednak… tęsknię za nim. Za czymś, co dawno przeminęło, ale wciąż trwa w drobnych szczegółach: w uduchowionym spojrzeniu staruszki siedzącej przy drodze, w uśmiechu Sikha polewającego moje chapati roztopionym ghee, w zachodach słońca nad jeziorem, do którego modlili się pielgrzymi, które podziwiali Brytyjczycy pływający łodziami z rodzinami, a które dziś stało się scenerią całonocnych imprez dla ludzi uciekających tu na weekend od codzienności.

Dodaj komentarz