Rabdi i jak trafiłam do hotelu na godziny

Po siedmiu godzinach w general coach wysiadam na zatłoczonym peronie w Abu Road. To miał być tylko przystanek — szybka przesiadka w drodze do Mount Abu. Jest jednak przed północą, więc decydujemy się zostać. Wychodzimy z dworca i dociera do mnie: oto prawdziwy Radżastan. Kilkudziesięciu mężczyzn jednocześnie odwraca głowy w moją stronę. Instynktownie łapię Ajeeta pod ramię. — Zabierz mnie na coś słodkiego — mówię cicho. Po kilkunastu godzinach w drodze — dwóch lotach i siedmiu godzinach w pociągu — mój organizm domaga się już tylko cukru i snu. Idziemy w stronę małego stoiska specjalizującego się w jednym deserze: rabri.

Mężczyzna, pochylony nad telefonem, z papierosem w dłoni, sprawia wrażenie, jakby świat wokół niego nie istniał. Z małego głośnika sączy się hinduska pieśń, zagłuszając wszystko inne. — Do rabri dena! — krzyczy Ajeet. Mężczyzna na ułamek sekundy podnosi wzrok, patrzy z wyraźną niechęcią, kiwa głową i wraca do scrollowania. Siadamy na wąskiej ławeczce, próbując zmieścić się razem z bagażami. Wyciągam telefon i włączam przednią kamerę. Patrzę na siebie i przez chwilę nie mam pewności, co właściwie przyciąga spojrzenia — kolor skóry czy mój stan. Twarz mam zaczerwienioną, oczy przekrwione. Włosy sklejone w ciężką, tłustą skorupę. Spoglądam w dół i widzę swoje stopy spuchnięte do tego stopnia, że wypływają z sandałów. Taki obraz mój. Czekamy, ale nasz wybawiciel ani drgnie. W końcu, po obejrzeniu którejś już rolki na Instagramie, chrząka, wstaje, podchodzi do lodówki i bez słowa rzuca na nasz stolik dwa plastikowe pojemniczki. Rabri. Spełnienie marzeń fanatyczki mlecznych, puddingowych deserów.

Rabri, czyli zagęszczone mleko, jest podstawą cukierniczych szaleństw absolutnych. Wariacji, na które nie wpadłby nawet największy miłośnik cukru. I tak na przykład mamy rasmalai — coś na kształt kotlecików z chheny (białego sera) utaplanych w rabri. Albo mój absolutny faworyt: shahi tukda — pudding chlebowy nasączony rabri, bardzo często jedzony nie tylko w Indiach, ale też w Pakistanie, zwłaszcza podczas Ramadanu. Zdarza mi się wieczorami przed zaśnięciem oglądać Hindusów przygotowujących te desery. To jak wieloetapowy spektakl: rozpuść cukier, zamieszaj, dodaj cukier, przypal, wlej cukier, wyciśnij, jeszcze troszkę cukru, dodaj ghee, zaraz potem jeszcze dosłódź. Co chwilę łapię się za głowę z myślą: — To niemożliwe, żeby ktoś był w stanie to zjeść.

Rasmalai i Shahi Tukda
źródło: pinterest i binjalsvegkitchen.com

Wracając jednak do podstawy, czyli samego rabri zaserwowanego nam na ruchliwej ulicy w Abu Road — było znakomite. A nie każde rabri takie jest. Nie mam co prawda tak wyćwiczonych kubków smakowych jak moi radżastańscy przyjaciele, ale potrafię rozpoznać, które faktycznie zostało zrobione z dobrego mleka i z odpowiednią cierpliwością. To trochę jak z czajem. Przez pierwszy miesiąc w Indiach czaj był po prostu czajem — czy pitym na ulicy,nad Gangesem, u kogoś w domu czy w pociągu. Zawsze tak samo słodki, zawsze smakujący jak herbata z mlekiem. Z czasem jednak zaczęłam wyłapywać różnice — między słabą lurą w kolorze zaprawy do ścian a dobrze zaparzoną, mocną herbatą z prawdziwym kardamonem i tłustym mlekiem. Po najlepszym czaju na ustach zostaje tłusty film, a jeśli nie wypijesz go szybko, na powierzchni momentalnie zaczyna tworzyć się kożuch. — Nie takie dobre jak u mojej cioci, ale niezłe — przyzwyczaiłam się, że słyszę to zawsze. Bo przecież nic zjedzone na ulicy nie może być lepsze niż w domu..

— Nigdzie nie zjesz lepszego rabri niż w Radżastanie — rzuca Ajeet tonem nieznoszącym sprzeciwu, wylizując resztki z plastikowego pudełeczka. Trudno się z nim nie zgodzić — w końcu to właśnie ten indyjski stan uznawany jest za miejsce narodzin tego słodkiego wynalazku. Jeśli cofniemy się o niemal 200 lat do Dźajpuru, trafimy na jedną z historii jego powstania. To tam zapaśnik Parmanand Jain założył Mahaveer Rabri Bhandar, działający do dziś. Deser narodził się podobno przez przypadek, kiedy cukiernik zostawił mleko na ogniu, a to zredukowało się do gęstej, ciągnącej, intensywnie słodkiej masy. Dziś przygotowuje się tam nawet 150 kilogramów dziennie. Podobno bywała tam sama Lata Mangeshkar.

Po tym, jak rabri stało się hitem w Radżastanie, dotarło do innych stanów, takich jak Maharasztra, Madhja Pradesz czy Karnataka. Z czasem zaczęto wzbogacać je o kolejne składniki — khoyę (zagęszczoną masę mleczną), orzechy oraz przyprawy, takie jak kardamon i szafran. W ten sposób na zachodnim wybrzeżu Indii powstała jego odmiana — basundi. Deserem zajadali się także mongolscy cesarze, znani z ekstrawaganckiego stylu życia i zamiłowania do bogatej, dekadenckiej kuchni.

Rabri jest również bohaterem lokalnej historii. W bengalskiej wiosce Rabrigram, oddalonej o niecałe półtorej godziny drogi od Kalkuty, niemal wszystkie z około pięćdziesięciu rodzin zajmują się produkcją rabri. Jeszcze trzydzieści lat temu nadmiar mleka zwyczajnie się tu marnował — do momentu, gdy jeden z mieszkańców zaczął robić rabri i dostarczać je do cukierni. Z czasem cała wioska zaczęła robić to samo.

Wracając do naszej nocy — rabri okazało się jedynie preludium do cukrowego tripu. Dotąd nierozmowny ekspedient nagle się ożywił. Odwrócił się, wskazał palcem i rzucił:
— A tam zjecie najlepsze barfi.
Poszliśmy we wskazanym kierunku i trafiliśmy do małego sklepiku. Za ladą stał starszy, elegancki mężczyzna. Popełniliśmy klasyczny błąd i zapytaliśmy, co poleca. Sprzedawca spojrzał na nas z autentycznym zdziwieniem, jakby pytanie było zupełnie niezrozumiałe. Po chwili wzruszył ramionami:
— Dobre jest wszystko. Robię to własnymi rękami. Mój głos rozsądku, Ajeet, widząc mój obłęd w oczach, popukał się w czoło i kazał mi wybierać. Na szczęście w trakcie mojego niezdecydowania przez sklep przewinęły się dwie osoby. Obie kupowały to samo i to w ilościach hurtowych.

Mistrz rabri i kolejka po gorące gulab jamun.

Czekoladowe barfi. Było znakomite. Wilgotne, mocno kakaowe — coś jak nasza kokosanka, ale bardziej zbite i intensywne. Siedząc i pałaszując jedno za drugim, kątem oka zauważyłam po lewej stronie grupkę ludzi tłoczących się przy parującym stanowisku.
— To najlepsze gulab jamun w Indiach. Jeszcze gorące — dorzucił sprzedawca zza lady. Ajeet spojrzał na mnie z przerażeniem:
— Chyba nie myślisz, że…
— Tylko jedno na pół. Jutro rano wyjeżdżamy — odpowiedziałam z maślanymi oczami, doskonale wiedząc, że to koniec dyskusji.
Wstał, sapiąc — naprawdę było nam już ciężko egzystować, oblepieni potem z zewnątrz i cukrem od środka. Po chwili wrócił z parującą aluminiową miseczką. W środku — bursztynowa, wilgotna kulka, tonąca w cukrowym syropie. O ile potrafię docenić kunszt dobrego rabri czy kalakandu, o tyle gulab jamun to dla mnie moment, w którym słodycz przestaje być przyjemnością. Jest tak słodkie, że przestajesz czuć cokolwiek poza czystym, obezwładniającym przesłodzeniem.
— Rzeczywiście wybitne — powiedział Ajeet, z syropem spływającym po brodzie.

Wytoczywszy się z barficznego raju, złapaliśmy rikszę i poprosiliśmy kierowcę o tani hotel na jedną noc, blisko dworca. Spojrzał na mnie i ruszył. Zauważyłam, że ulice Abu Road, nawet grubo po północy, są pełne ludzi— oczywiście mężczyzn. To, co jednak zwróciło moją uwagę, było dla Radżastanu dość egzotyczne: na wózkach ustawionych wzdłuż głównej drogi leżały jajka i… kotlety.
— Właśnie dlatego nie lubię tego miejsca — powiedział Ajeet, odwracając głowę w drugą stronę.
Radżastan to stan w dominującej większości bardzo tradycyjny i wegetariański, przy czym wiele osób nie je nawet jaj. To, co dzieje się na ulicach Abu Road po zmroku, stoi w sprzeczności z tymi zasadami — spotkać tu można wielu muzułmanów oraz pijanych przyjezdnych z Gudżaratu, w którym obowiązuje prohibicja. Nagle riksza zatrzymała się pod hotelem rozświetlonym neonami.
— Pójdę sprawdzić — rzucił Ajeet i wyskoczył z pojazdu.
Kiedy wrócił, powiedział tylko, że „nie jest źle”. Wystarczyło jednak wejść do pokoju, żebym natychmiast wiedziała, gdzie trafiliśmy — i żeby była jasność: jestem w stanie spędzić noc w niemal każdych warunkach, ale tu… ze ścian wystawały kable, na ścianach plastikowe, kolorowe, pozłacane panele udające boazerię, dziura po telewizorze i klejąca podłoga. Pomyślałam, że położę się w ubraniu i jakoś przetrwam do rana, przypominając sobie, że sama jestem już jedną wielką, lepką kulką potu. Czarę goryczy przelała łazienka: odpływ zlewu zapchany włosami łonowymi, białe zacieki na kaflach, na suficie coś, czego wolałam nie analizować, i migająca żarówka ledwo trzymająca się kabla. Wybiegłam z pokoju i zaczęłam pakować rzeczy.
— Jeśli zostanę tu choć sekundę dłużej, od samego oddychania dostanę jakiegoś grzyba i wenery! — krzyknęłam.
Ajeet bez słowa dołączył do mnie, jakby tylko na to czekał. Zeszliśmy do recepcji, gdzie siedziało trzech chłopców, na oko piętnastoletnich, którzy wstali niechętnie, absolutnie niezdziwieni naszym widokiem.
— Może pokój na innym piętrze? — zaproponował jeden z nich.
Poszłam za nim i kiedy tylko przekroczyłam próg, przed moimi nogami przebiegł karaluch. To się nie dzieje — pomyślałam. Spojrzałam na chłopaka z furią w oczach, a ten spuścił wzrok i odsunął się w drzwiach.
— Wychodzimy. Nie chcę waszych pieniędzy.
Wyszłam bez słowa. Tak straciliśmy 2000 rupii. Wiedziałam, że próba odzyskania pieniędzy nie ma żadnych szans. Kiedy wyszliśmy z piekielnego przybytku, podnieśliśmy głowy i zobaczyliśmy nad wejściem migający neon: SPA.
— Kurwa, jak mogłem tego nie zauważyć… przecież to burdel — zachłysnął się Ajeet.
Zaczęłam się śmiać, ledwo powstrzymując łzy.

I tak znaleźliśmy się w środku nocy na ulicy w upalnym, radżastańskim Abu Road. Mieliśmy za sobą pięciogodzinną podróż samolotem i siedem godzin w pociągu, a czekała nas jeszcze jedna przeprawa: znalezienie pokoju dla niezamężnej pary. Na początku nie wierzyłam Ajeetowi, że to będzie problem, ale po trzech telefonach do hoteli przekonałam się, jak wygląda podróżowanie po jednym z najbardziej konserwatywnych stanów Indii. Pierwszym pytaniem był zawsze stan cywilny — i za każdym razem słyszeliśmy to samo.
— Tu są Indie. Jak wyobrażacie sobie spać w jednym pokoju? — oburzył się starszy mężczyzna przez telefon.
— My tutaj mamy zasady — dodał.

Usiadłam zrezygnowana na ziemi, o krok od spędzenia nocy na dworcu. Widziałam Ajeeta po drugiej stronie ulicy, nerwowo chodzącego w kółko i rozmawiającego z kolejnym hotelem. Za szóstym razem w końcu się udało. Dochodziła druga w nocy, a mnie chciało się płakać. Ruszyliśmy wciąż ruchliwą ulicą w stronę podanego adresu. Ajeet złapał mnie za rękę — nie tyle w geście wsparcia, co raczej próbując odwrócić uwagę coraz bardziej ciekawskich mężczyzn.

Okazało się, że hotel znajduje się zaraz obok sklepiku pana od rabri. Przywitał nas elegancki mężczyzna w garniturze. Szybko wypełniliśmy mnóstwo formularzy dla cudzoziemców i wdrapaliśmy się po schodach. Padliśmy wyczerpani na łóżko i w mig zasnęliśmy. Wtedy właśnie przekonałam się — i nie miał to być ostatni raz — że Radżastan rządzi się swoimi prawami i zasadami, których nie złamie się nawet dla dodatkowego zarobku. Dziś myślę o tym z pewnym podziwem, ale wtedy czułam się zawstydzona, jakbym zrobiła coś niewłaściwego. Zresztą tak też zostałam odebrana przez rikszarza, który, słysząc „pokój tylko na jedną noc”, zawiózł nas pod wskazany adres.

To był solidny kopniak podczas mojej podróży — moment, w którym bycie turystą nie dawało żadnych przywilejów, a wręcz przeciwnie, potrafiło uniemożliwić nawet zameldowanie się w hotelu — co w mniej turystycznych częściach Radżastanu zdarza się zaskakująco często. Dotarłam na koniec świata — tam, gdzie nikt się mnie nie spodziewał, a nawet nie chciał. I chyba właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa podróż.

Dodaj komentarz