Jodphur i maślane lassi

Trzeci raz w Jodpurze, co oznacza, że przekroczyłam upragnioną granicę bycia podóżnikiem przez małe „P”- odhaczyłam turystyczne punkty i nie miałam planu na kolejne dni. Usiadłam na balkonie w pensjonacie u Ani, który znajduje się zaraz obok fortu (byłam tam jedyną gościnią oprócz pary włoskich chłopaków) i odetchnęłam z myślą: teraz pozostaje mi już tylko jeść.

Wieczorem wsiadłam z lokalsami do ledwo trzymającego się drogi auta z obietnicą doświadczenia prawdziwego makhaniya lassi. — W końcu spróbujesz czegoś dobrego, a nie tego gówna dla turystów — skomentował jeden z nich po tym, jak poprzedniego wieczoru wysłałam zdjęcie ze słynnej cukierni znajdującej się obok wiezy zegarowej. Musicie wiedzieć, że samodzielna eksploracja bez uprzedniego spytania o rekomendacje może być uznana za potwarz. W końcu to miejscowy wie najlepiej, co powinnam wkładać do ust, i na pewno nie jest to miejscówka, która ma adres w googlach.

Wyjechaliśmy za miasto, przystając nagle na środku ruchliwej ulicy, wzdłuż rozlatujących się straganów. Ajeet odwrócił się z siedzenia kierowcy, rzucając do mnie: „Lepiej poczekaj”. Wyskoczył z samochodu, a ja, posłuszna jak zwykle, popędziłam za nim, wiedząc, jakie zainteresowanie wzbudzi moja obecność w takim miejscu. Zniknął nagle za plastikową kotarą, za którą znalazłam metalowy stolik i wielką, starą chłodziarkę, w której znajdowały się metalowe pojemniki na lody. Czego w nich nie było! Mazie w kolorach tęczy, zarówno gładkie, jak i z trudną do zidentyfikowania wkładką. Usłyszałam rzucowne przez ramię westchnienie oraz litanię ze wszystkich dostępnych smaków. Jakoś po ósmym odpowiedziałam: „classic”, i pan ekspedient wyszedł z pomieszczenia, po chwili wracając z kubeczkiem z wetkniętą weń plastikową łyżeczką. Zanim zadałam standardowe pytanie, mój towarzysz odpowiedział jak zwykle: „ja nie chcę”, odwrócił się na pięcie i pognał w stronę samochodu. Tak to właśnie wygląda — ekspresowa turystyka, która stara się nadążyć w spełnianiu wszystkich moich kulinarnych zachcianek w ciągu jednego dnia. Ku mojej uciesze, acz gorzej z moim żołądkiem.

W owym kubku znalazł się jogurt, ale nie byle jaki — produkt flagowy błękitnego miasta Dżodpur. Mowa o Makhaniya Lassi, czyli bardzo kremowej, tłustej i sycącej wersji tego „napoju”. To mokry sen wszystkich miłośników puddingów i deserów płynnych — gęsta, lepka maź z dodatkiem ubijanej na puch, gęstej śmietany malai, w której zawartość tłuszczu dochodzi nawet do 55%, oraz — uwaga, trzymajcie się — makhanu, czyli również ubitego masła, często jeszcze z dodatkiem bakalii. Trudno wyobrazić sobie bardziej kaloryczną i satysfakcjonującą rozkosz.

Pierwotnie lassi miało smak słony, pite w upale, chłodne i lekko kwaśne, przypomina raczej naszą maślankę, choć według mnie nieco bardziej słoną. Dopiero z czasem, wraz z rosnącą popularnością wśród turystów, słodkie wariacje zaczęły zdobywać rozgłos. Dziś to właśnie mango lassi uchodzi za najbardziej rozpoznawalne, choć w rzeczywistości jest jedynie łagodnym, nieco zachowawczym wstępem do znacznie bogatszego świata smaków.

A czym właściwie jest lassi, nie muszę długo tłumaczyć, ale gwoli tradycji — kilka słów historycznego wprowadzenia. W swojej najprostszej formie ten tradycyjny napój składa się z naturalnego jogurtu, mleka oraz wody (lub lodu), z dodatkiem różnych przypraw albo słodzików, w zależności od rodzaju przygotowywanego lassi. W wielu wariantach pojawia się również charakterystyczny mielony kardamon, który nadaje napojowi subtelnej, lekko ziemistej słodyczy. Ile domów, tyle sposobów przygotowania lassi — właściwie można stworzyć je w niemal każdym smaku. Dla mnie jednak najbardziej wyjątkowe pozostaje to jodhpuraskie, zapewne także ze względu na moją ogromną słabość do tego miasta.

A gdzie znajdziecie najlepsze lassi w Indiach? Oczywiście wszystkie drogi prowadzą najpierw do pendżabskiego (bo właśnie z Pendżabu lassi pochodzi) Amritsaru, gdzie w lokalu z ponad stuletnią tradycją Gian di Lassi, spróbujecie tego ikonicznego deseru. Znakomite lassi znajdziecie również w stolicy Radżastanu, Dżajpurze — w samym centrum, w lokalu Lassiwala (gdzie polecam spróbować także słonej wersji).

Testy Blue Lassi w Waranasi.

Nie sposób pominąć niezwykle modnego Blue Lassi w Waranasi, gdzie — podobnie jak w pozostałych miejscach — trzeba odstać swoje w kolejce, ale naprawdę warto dla ich flagowego deseru z Benares, pełnego bakalii, czy pistacji.

Jednak crème de la crème, czyli maślane lassi z prawdziwego zdarzenia, znajdziecie właśnie w Dżodhpurze — i to w dwóch miejscach. Najbardziej znane z nich to Shri Mishrilal Hotel, położony tuż obok wieży zegarowej. Jakkolwiek infantylnie do zabrzmi: poezja — nie wspominając o serwowanych tam słodyczach, o których warto powiedzieć kilka słów, bo spotkacie je nie tylko w Radżastanie. Jako że towarzyszyła mi wówczas moja „sweet partner in crime” Aria, która w zakupach cukierniczych ma jeszcze mniej umiaru niż ja, po zaklejającym wszelkie organy lassi postanowiłyśmy zrobić degustację randomowych słodkości, które akurat wpadną nam w oko.

I tu jedna uwaga: nigdy nie pytaj indyjskiego ekspedienta o rekomendację, jeśli nie chcesz doprowadzić do sfajczenia zwojów mózgowych jegomościa. Zwykle poleci wszystko, będąc przy tym uroczo szczerym, a jednocześnie — z obawy przed odpowiedzialnością za twoje smakowe wrażenia — nie wskaże niczego konkretnego. Kieruj się więc instynktem i oczami, bo nos raczej niewiele tu pomoże. Razem z Arią, mając już trochę doświadczenia, poprosiłyśmy o Gajar Halwę — jeśli chcecie sprawdzić, z jaką cukiernią naprawdę macie do czynienia, zamówcie ten kultowy deser, który potrafi przyjmować skrajnie różne formy w zależności od miejsca. Na drugą rundę zdecydowałyśmy się na Kalakand w wersji „stałej”, w postaci małych bloczków — moi znajomi serwują mi go zazwyczaj w odsłonie płynnej. Ajeet przywiózł mi kalakand do samego Rishikesh z Radżastanu, ale zanim dotarł, własnoręcznie dodał do niego jeszcze porcję roztopionego ghee (moje żyły tańczą kankana na samą myśl).

Nowością były dla mnie intensywnie żółte dyski, czyli Peda — miękkie, mleczne poduszeczki o karmelowym smaku. I znów: jeśli spodziewacie się fajerwerków, muszę was rozczarować — jak w przypadku 99% indyjskich słodyczy, to po prostu jest kurewsko, nieznośnie słodkie. Ale dla nas… to było jak zanurzenie się w najpiękniejszej, mlecznej, otulającej prostocie smaków dzieciństwa, kiedy szczytem luksusu była pajda świeżego chleba z grubymi plastrami schłodzonej osełki, suto posypana cukrem. Największy rarytas — mogłabym wciągnąć na raz pięć takich kanapek. Tak wiem, że był to szczyt luksusu w porównaniu z historiami naszych rodziców, kiedy chleb namaczano lodowatą wodą prosto ze studni i posypywano cukrem, bo masło było wtedy poza zasięgiem.

To właśnie to najbardziej uderza mnie w indyjskich słodyczach: prostota i nieustanne dążenie do tego, by to, co trafia do ust, było możliwie jak najsłodsze. Nie pierwszy raz po ich spróbowaniu kręciło mi się w głowie od ilości cukru — stan, do którego po trzech miesiącach z przyjemnością się przyzwyczaiłam.

Wracjąc do tematu, ukrytą miejscówką, do której zabrali mnie zażenowani znajomi, było Gurunanak Lassi Bhandar — miejsce, w które jestem prawie pewna, że sami nigdy nie skierowalibyście swoich kroków. I tu muszę oddać honor indyjskim towarzyszom: bezsprzecznie jest to najlepsze lassi w Dżodhpurze — bardziej kremowe, ale też, zgodnie z lokalnym gustem, słodsze i tłustsze. Przy tej okazji przypomniała mi się anegdota o naszych zupełnie różnych skalach słodkości. Jeszcze w Rishikesh, spragniona czegoś czekoladowego, zabrałam Ajeeta do „zachodniej” kawiarni serwującej różne europejskie ciasta — zwykle kulinarne katastrofy, ale o tym innym razem. Jego reakcja była wymowna. Indyjskie kubki smakowe, przyzwyczajone do „ulepów”, doznały szoku w zderzeniu z naprawdę podłą podróbką tiramisu i amerykańskiego tortu czekoladowego. „To jest deser? Przecież to jest wytrawne, nie słodkie. I ty masz obsesję na tym punkcie? Możesz to jeść codziennie, bo przecież w tym nie ma cukru.” Dostałam w ten sposób dożywotnie pozwolenie na codzienne opychanie się czekoladą. Dziękuję, było warto przyjechać do Indii.

Jeśli już mowa o Dżodhpurze, w którym spędziłam trochę czasu, warto dorzucić kilka subiektywnych słów o mieście, które ukochałam, a które z drugiej strony potrafi też napawać mnie przerażeniem — głównie z powodu naszych czworonożnych przyjaciół. To, że w Indiach nadal istnieje poważny problem z bezpańskimi psami, jest sprawą oczywistą, ale mam wrażenie, że w niebieskim mieście skala tego zjawiska w turystycznym centrum jest szczególnie duża. Nigdy nie bałam się tak bardzo, jak pewnego poranka po powrocie z Mount Abu, kiedy postanowiłam o szóstej rano dojść spacerem do hotelu. Od samego początku towarzyszyły mi hordy psów, które z każdą ulicą stawały się coraz bardziej nerwowe. W takich sytuacjach ignorowanie ich przynosiło odwrotny skutek — tylko je dodatkowo ośmielało. W pewnym momencie musiałam ukryć się w bramie i poprosić przypadkowego mężczyznę o pomoc (która okazała się rzutem kamieniem). Od tamtej chwili nie wychodziłam już po zmroku ani przed świtem z guest house’u i zaczęłam rozumieć paraliżujący strach moich znajomych na widok większych psich grup. Ale zostawmy bogu ducha winne zwierzęta, które po prostu starają się przetrwać na zatłoczonych ulicach.

Dżodpurskie czworonogi naprawdę potrafią napędzić stracha. źródło ig: pixafzal & namnala_handmade

Oczywiście punktem obowiązkowym jest twierdza Mehrangarh, jedna z największych w całych Indiach, do której najlepiej wybrać się rano, aby uniknąć popołudniowych tłumów zmierzających na zachód słońca. Noc można spędzić w jednym z najbardziej imponujących hoteli świata, czyli pałacu Umaid Bhawan, który najlepiej podziwiać z zewnątrz, ponieważ jego muzeum — delikatnie mówiąc — może rozczarować, podobnie jak serwowane przy wejściu czaj i kawa z proszku.

Po odhaczeniu tych dwóch architektonicznych cudów warto udać się na chwilę relaksu do ogrodów Mandore, oddalonych około 9 kilometrów od fortu. Wśród zieleni — zaskakująco spokojnej, przynajmniej poza szczytem sezonu — łatwo złapać oddech i odpocząć od miejskiego zgiełku. Na koniec dobrze zajrzeć do mniej oczywistej części kompleksu, w okolice tylnego wejścia. Tam czeka lokalny przysmak: swadeshi churma chakki, znany też jako besan chakki. Niepozorny słodycz, przygotowywany z mąki z ciecierzycy, ghee i cukru, aromatyzowany kardamonem i posypywany orzechami. Ma zwartą, lekko kruchą strukturę przypominającą fudge i głęboki, orzechowy smak, który zawdzięcza długiemu prażeniu w klarowanym maśle.

Kolejki przed cukierniami w trakcie Holi i porcja malai ghevar.

Miałam to szczęście, że dzień mojego pożegnania z Dżodhpurem przypadł akurat na początek marca, czyli Holi. Wczesnym rankiem dostałam od lokalsów kolejną wskazówkę, gdzie powinnam się udać, by spróbować słodyczy jedzonych z okazji tego szalonego święta, którego apogeum czekało na mnie później w Puszkarze. Oczywiście miejsce, do którego zmierzałam — a jakże — nie istniało w Google Maps. „Spokojnie, idź za tłumem” — kiedyś usłyszycie to zdanie od razu będziecie wiedzieć, że zmierzacie do piekła. Nie ma bowiem bardziej zdeterminowanego Hindusa niż ten, który czeka na swoje pudełko z gulab jamun.

Tajemniczy lokal bez adresu sąsiaduje z Vaishnav Sweets. To był pierwszy raz, gdy kompletnie zaaferowani klienci nie poświęcili mi nawet jednego spojrzenia. Stanęłam w kolejce, w której wszyscy systematycznie wpychali się przede mnie — i pewnie nigdy nie złożyłabym zamówienia, gdyby nie mój wszystkowiedzący znajomy. Po piętnastu minutach zadzwonił:- I co? Nadal stoisz w miejscu? Daj telefon facetowi przy kasie.

Zrobiłam jak kazał i chwilę później na kontuarze zaczęły lądować jedna po drugiej małe aluminiowe miseczki z flagowymi specjałami tego miejsca. Na początek słodka ikona: motichoor rabri laddu. Spróbujmy to opisać: laddu to większa kulka złożona z dziesiątek mikroskopijnych kuleczek zwanych boondi — coś jakby mikropączki sklejone w jedną całość. I tu przyszło rozczarowanie, oczywiście całkowicie subiektywne. Ten deser zupełnie nie trafił w mój mleczno-budyniowy gust. Jest bardzo tłusty, intensywnie słodki i lepki — co samo w sobie mi nie przeszkadza — ale przy pierwszym dotyku rozpada się w palcach, a jego jedzenie, zwłaszcza w ulicznym chaosie, staje się prawdziwym wyzwaniem.

Obezwładniająco słodkie motichoor rabri laddo charakterystyczne dla niebieskiego miasta.

Zanim zdążyłam oblizać palce, na ladzie pojawił się kolejny podejrzany, mało zachęcający obiekt: ghewar. Z tęsknotą zerkałam jeszcze na peda i mleczny kalakand uśmiechające się z witryny. Ghewar to już wyższy poziom przesłodzenia — w wersji malai, pokryty grubą warstwą słodkiej, białej śmietany. To ten rodzaj słodyczy, który powoduje fizyczny ból ślinianek i uczucie, jakby cukier zalepiał gardło od środka. Piękna, cukrowa śmierć.

W tej słodkiej śpiączce wsiadłam na motocykl i ruszyłam w drogę, opuszczając Dżodpur. Zmęczona, oblepiona cukrem, ale też z ulgą kierowałam się ku mniejszemu, paradoksalnie spokojniejszemu Puszkar. Wiedziałam, że to właściwy moment na wyjazd. W powietrzu unosiła się już zapowiedź nadchodzącego złowrogiego skwaru. Temperatura w ciągu dnia dochodziła do 36 stopni. „To ostatnie dni chłodu” — słyszałam. „Nie przetrwasz tu latem. Radżastan jest bezlitosny”. Nie byłam gotowa na konfrontację z opowieściami o powietrzu tak gorącym, że samo oddychanie boli, a każdy gwałtowny wdech pali przełyk. Uciekłam więc, ale z przekonaniem, że wrócę — gdy tylko monsun przyniesie ulgę.

Do zobaczenia, Dżodhpurze — domu moich ukochanych przyjaciół, którzy pokazali mi prawdziwe Indie.

Dodaj komentarz