Kiedy w połowie życia zmienia się wszystko i tracisz wszystkie swoje tożsamości dopadają cię dwa skrajne uczucia: ekscytacja i kompletna rezygnacja. Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że rzucę wszystko i wyjadę niczym Elisabeth Gilbert do Indii zostawiając za sobą wszystko pewnie westchnęłabym z rozmarzeniem i wróciła do pisania kolejnego sprawozdania, bądź nikomu niepotrzebnego tekstu.
Jak się potem miało okazać to co piszę czasem sprawia komuś radość, co jest głównym motywem tego, że teraz siedzę w swoim pokoju na wsi, gdzie spędziłam pierwsze 17 lat życia i teraz po kolejnych trzynastu jestem w tym samym miejscu. Czując się nie mniej zgubiona, nie mniej przerażona tym, że życie jednak nie wygląda tak jak sobie wyobrażałam.
Tutaj więc zaczyna się nowa historia, opowieść o kimś komu pisane były Indie, komu pisane było życie w drodze, ciągłym niepokoju, a może bardziej niezaspokojeniu, z ktorym staram się walczyć, ale które z drugiej strony pcha mnie ciągle do robienia nowych rzeczy, do podejmowania decyzji, które zdają się kompletnie wbrew logice, a które prowadzą mnie na drugi kraniec świata, w którym odnalazłam spokój i po raz pierwszy poczułam, że jestem w domu.
Właśnie usłyszałam, że doświadczenie jest jak osad na naszym pisaniu. Chyba po raz pierwszy w życiu jestem tak pewna tego, co przelewam na kartkę właśnie z uwagi na to, że te wszystkie chore, nieodpowiedzialne, szalone rzeczy naprawdę się wydarzyły, choć teraz- po miesiącu od powrotu- naprawdę trudno mi w to uwierzyć.

Dodaj komentarz